Przeistocza P.
23/06/2026
Małe pytania o sprawy najważniejsze.
Kto tam w środku jest?
Czy wszystko z nim dobrze?
Czy mnie usłyszy?
Czy pozna mój głos?
Gdzie mam stać, kiedy przyjdzie?
Czy będę wiedział, co robić?
Czy można kochać kogoś, kogo jeszcze się nie zna?
Czy można się go bać?
Jak się trzyma taką małą głowę?
Czy ja też mogę je usypiać?
Co robić, kiedy płacze?
Czy wie, że jestem jego tatą?
Skąd mam wiedzieć, czego potrzebuje?
Co to jest gruszka?
Czy ten katar jest groźny?
Dlaczego nie śpi?
Dlaczego ja nie śpię?
Jak ono nauczyło się chodzić?
Kiedy zaczęło tak szybko rosnąć?
Jak to możliwe, że już tyle potrafi?
Czy upadło za mocno?
Mam podnieść czy poczekać?
Czy ono patrzy już na świat?
Czy patrzy też na mnie?
Patrzy na świat.
Patrzy na mnie.
Dlaczego nie mogę wytrzymać?
Dlaczego czasem chcę wyjść i zamknąć za sobą drzwi?
Dlaczego nikt nie mówił, że można jednocześnie kochać i złościć się?
Jak się płacze?
Czy inni też tak mają?
Dlaczego mój tata tego nie robił?
Czy nie umiał?
Czy nie mógł?
Czy nie miał z kim o tym porozmawiać?
Co chcę zachować z tego, co dostałem?
Czego nie przekazać dalej?
Jak opowiada się świat?
O wojnie?
O strachu?
O samotności?
Kiedy powiedzieć, że świat nie zawsze jest sprawiedliwy?
Kiedy powiedzieć, że jest jedynym, jaki mamy?
Skąd będzie wiedziało, co naprawdę ma znaczenie?
Jak pokocha świat, którego nie wybierało?
Czy ono jeszcze mnie potrzebuje?
Dlaczego zamyka drzwi?
Czy mam pytać?
Czy czekać?
Jak być blisko, kiedy nie chce bliskości?
Jak puszczać, nie tracąc?
Kim się staje?
Kim ja się stałem?
Które z tych pytań były naprawdę o nie?
A które o mnie?
Jak poradzę sobie bez niego?
Jak poradzi sobie beze mnie?
Dla wszystkich, którzy stają się tatami i wszystkich, którzy każdego dnia uczą się nimi być na nowo - życzenia odwagi do zadawania małych pytań o sprawy najważniejsze.
18/06/2026
Jesienią podczas Sympozjum 10-lecia Szkoły Psychoterapii Psychoanalitycznej PTPP będzie okazja pomyśleć między innymi o zaczepności.
Im dłużej przyglądać się temu zjawisku, tym mniej wydaje się ono oczywiste.
Czy zaczepność może być poszukiwaniem odpowiedzi?
Poprosiliśmy Absolwentów i Studentów Szkoły o komentarze na temat tematu Sympozjum w lub/i studiowania w Szkole. Wszystkie znajdą się w materiałach Sympozjum, a jeden z nich zostanie wygłoszony.
Kamila Wawrzycka
07/06/2026
A gdyby w burzach, mokradłach i listopadach było o nas więcej, niż sądzimy?
Burze, które nagle przeganiają spokojną niedzielę. Niebo lejące marcowym deszczem tak wiele dni, aż na kałużach pojawiają się bąble. Wypogodzenie po nim. To uczucie, gdy wszystko wraca do siebie.
Czy to my?
Mroźne, mgliste styczniowe szarówki, kiedy nie ma nawet śniegu. Cisza w zimowym puchu o piątej nad ranem, ocieplana trochę pomarańczowym światłem latarni. Może nosimy w sobie zimy, które nie potrafią doczekać się śniegu.
Obietnice czerwca i długiego lata. Tęskne rozczarowania końcówki sierpnia.
Wrześniowe kołnierzyki pachnące proszkiem, świeżo wyprasowane. Listopadowy wiatr, błoto i zmęczenie.
Może bywamy bardziej listopadem niż czerwcem.
A dalej połamane sosny i mokradła, przez które trudno przejść.Śliskie ślimaki. Jeziora marzeń. Spłoszone sarny. Ruch szybki i nieuchwytny jak lis o zmierzchu. Kruki na nagich gałęziach i ptaki, którym zazdrości się latania. Może część naszych tęsknot wraca jak one, zawsze tą samą trasą.
I te najmniejsze: mrówki i komary. To, co pracowite. To, co natrętne. To, co nie daje spokoju.
Co moglibyśmy w sobie rozpoznać, gdybyśmy szukali siebie właśnie tam?
Jak uznać te własne burze i wypogodzenia, mokradła i lasy, ślimaki, lisy, kruki, listopady i czerwce?
Jak pomieścić tyle w jednym człowieku?
I czy da się to zrobić samemu?
Zdjęcie własne.
01/06/2026
Jesteś.
31/05/2026
„Subiektywność jest więc wykluczana z nauki, ponieważ nauka dąży do obiektywności. Jednak subiektywne doświadczenie – a Pan wie o tym, bo właśnie teraz go doświadcza – istnieje. Jest częścią natury.
Nie możemy go pominąć. Jeśli nie będziemy badać umysłu także z perspektywy subiektywnej, nigdy nie zrozumiemy, jak działa. Mózg posiada zdolność do doświadczania z jakiegoś powodu. Musi ona czemuś służyć. Jeśli to pominiemy, nigdy nie zrozumiemy tej części natury.
To właśnie z rozczarowania i frustracji neuropsychologią zwróciłem się ku psychoanalizie. Psychoanaliza bada bowiem subiektywne doświadczenie. Co więcej, nie tylko dysponuje metodą zaprojektowaną do badania subiektywności, ale na podstawie badań nad doświadczeniem subiektywnym rozwinęła także język opisujący, z czego zbudowany jest podmiot, oraz bardzo wyrafinowane teorie na ten temat.
Chciałem więc wprowadzić do neuronauki nie tylko metodę psychoanalityczną, ale również jej pojęcia i teorie, abyśmy mogli badać ten aspekt funkcjonowania mózgu.”
- Mark Solms, w rozmowie z Mahanem Doğrusözem, „Interview with Prof. Mark Solms on Neuroscience and Psychoanalysis” (2024).
Ciekawy wywiad.
Jedna z głównych myśli Marka Solmsa dotyczy czegoś prostego: człowieka nie da się zrozumieć wyłącznie przez obserwację tego, co robi, ani przez opis procesów zachodzących w jego mózgu.
Potrzebne jest jeszcze pytanie o to, jak świat jest przez niego przeżywany.
Ten sam ból można zmierzyć jako proces zachodzący w układzie nerwowym, ale pozostaje jeszcze doświadczenie bólu. To samo dotyczy lęku, straty, pamięci czy miłości.
Dla Solmsa nie jest to mniej realny wymiar człowieka niż biologia. Przeciwnie jest to część natury, która również wymaga opisu i zrozumienia.
Pytanie o naturę człowieka i pytanie o jego doświadczenie nie konkurują ze sobą. Bez drugiego pierwsze pozostaje niepełne.
Obraz: Tree of Crows, Caspar David Friedrich.
31/05/2026
Co dzieje się z placami zabaw, kiedy dorastamy?
Nie pytam tutaj o huśtawki, podwórka i kryjówki między blokami, ale o przestrzenie, w których można było coś odkrywać, eksplorować, być całym sobą w ruchu bez celu, ukierunkowania na efekt.
Łotewska malarka Jana Brike od najmłodszych lat była poddawana rygorystycznemu kształceniu artystycznemu, które przygotowywało dzieci do tworzenia sztuki zgodnej z wymogami sowieckiego realizmu socjalistycznego. W jej obrazach można odnaleźć ślady poszukiwania przestrzeni wolnej od tego rodzaju przymusu. Jej słowa:
„Czasami myślałam, że maluję dzieci, bo sama nie mogę być dzieckiem. Wychowywałam się w bardzo ograniczonym środowisku. Poczucie winy i wstydu z powodu niemal wszystkiego było uważane za normalne. Dobrze ukrywałam swoją dzikość i pragnienie życia z otwartością i bezpośredniością. Wywabiam to beztroskie, dzikie dziecko, by żyło pełnią życia poprzez moją sztukę. Ja sama wciąż walczę, by to robić w swoim życiu.”*
To przestrzenie, w których można doświadczać siebie poza nakazami, oceną czy zawstydzeniem, w których coś może zostać odkryte, a nie jedynie wykonane.
Można by je nazwać placami zabaw.
Ostatnio coraz częściej wracam do lokalnych badań pokazujących, jak ludzie dorastają w konkretnych miejscach i warunkach życia. Szczególnie ważne wydają mi się lokalne opracowania, gdyż konteksty, w których żyjemy są odmienne dla każdego regionu i mikroklimatu życia. Miasta, dzielnice, osiedla, małe miasteczka i wioski - każdy z nas ma różne specyficzne środowiska, doświadczenia, szanse. Nie sposób przyłożyć do nas jedynie szerokiej statystycznej miary.
Sięgnęłam więc do pracy wrocławskiej badaczki Agnieszki Janik ‘Podwórkowe przestrzenie i miejsca zabaw. Studium pedagogiczno-kulturowe’. Badała ona place zabaw i dzieci z Przedmieścia Oławskiego – dzielnicy położonej tuż obok ścisłego centrum Wrocławia, gdzie stare kamienice, społeczne nierówności, migracje i procesy rewitalizacji spotykają się na kilku sąsiadujących ulicach.
Dzieci tam znały swoje podwórka w szczególny sposób, ponieważ się nimi bawiły. Nie mówiły o nich językiem urbanistów czy architektów.
Mówiły do badaczki:
„Ja wiem, co tutaj jest wszędzie. To jest moje podwórko”.
Albo:
„Pani nie zna wszystkich ulic? Ja tutaj wszystkie znam”.
Jak pokazują badania, dzieci zdobywały w ten sposób przede wszystkim wiedzę i umiejętności potrzebne do funkcjonowania w swoim najbliższym otoczeniu.
Zanim jednak stały się one kompetencjami, były także efektem nieustannego eksplorowania podwórek, przejść, bram i zakamarków, które dzieci poznawały poprzez zabawę.
Dzieci wiedziały, gdzie najlepiej schować się podczas zabawy w chowanego. Który murek wyznacza granice obcego terytorium. Rozpoznawały nie tylko przestrzeń, ale również ludzi, zwierzęta i rytmy codziennego życia.
Była to wiedza szczególnego rodzaju.
Nie powstawała przez obserwowanie przestrzeni z zewnątrz, ani przez naukę z podręczników.
Powstawała przez zamieszkiwanie jej.
Przez zabawę.
Co więcej, dzieci nie ograniczały się do korzystania z miejsc zgodnie z ich przeznaczeniem. Przekształcały je. Bramy, schody, podwórka czy przejścia między budynkami stawały się elementami własnych światów.
Jak pisze badaczka, podobne sceny można odnaleźć w albumie Street Play Marthy Cooper dokumentującym życie dzieci w najuboższych dzielnicach Nowego Jorku lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych.
Wśród opuszczonych budynków, gruzu i biedy dzieci budowały własne światy. Skakały na stare materace, wspinały się na ogrodzenia, wykorzystywały hydranty jako źródło wodnych zabaw.***
To, co dla dorosłych było ruiną, dla nich stawało się możliwością.
Nie tyle możliwością zabawy, ile przekształcania rzeczywistości w przestrzeń znaczenia, poznawania siebie i świata.
Jednocześnie badaczka zwraca uwagę, że umiejętności zdobywane na podwórkach pozwalały dzieciom dobrze odnajdywać się w najbliższym otoczeniu, ale nie wszystkim otwierały takie same możliwości wyjścia poza nie.
Dlatego interesowały ją nie tylko same miejsca zabawy, lecz także to, w jaki sposób społeczne, kuluralne i infrastrukturalne przemiany miasta mogą poszerzać przestrzeń możliwości dostępnych dzieciom. Pytanie nie dotyczyło wyłącznie tego, jak dzieci bawią się na podwórkach, ale również tego, jakie światy stają się dla nich osiągalne i co pomaga przekraczać granice własnego otoczenia, również wtedy, gdy środowiska, w których dorastały, były ograniczające.
Niektóre podwórka stają się dla nas punktem oparcia. Inne bywają zbyt ciasne, by pomieścić wszystko, kim moglibyśmy się stać. Przez całe życie szukamy kolejnych podwórek. Szczególnie wtedy, gdy to, co znane, było dla nas trudne, ograniczające albo bolesne.
Rzadko uczymy się czegoś naprawdę ważnego dlatego, że ktoś podał nam gotową odpowiedź. Częściej dzieje się to wtedy, gdy możemy przez jakiś czas czegoś nie wiedzieć. Krążyć wokół problemu, próbować różnych dróg, gubić się i odnajdywać. Kiedy możemy przez jakiś czas pozostać w drodze.
Potrzeba takich przestrzeni nie znika wraz z dzieciństwem. Zmieniają się jedynie miejsca, w których ich szukamy.
Co dzieje się z tą zdolnością, kiedy dorastamy?
A może jeszcze wcześniej warto zapytać: co współcześnie pomaga ją podtrzymywać?
Co daje nam dostęp do nowych światów, nowych doświadczeń i nowych sposobów myślenia o sobie i otoczeniu?
Żyjemy w czasach gwałtownych przemian technologicznych, społecznych i kulturowych. Niektóre osoby mają dostęp do wielu „podwórek” - różnych środowisk, języków, ludzi, miejsc i możliwości. Inne pozostają znacznie silniej związane z tym, co mogły poznać jedynie w swoim otoczeniu.
Pytanie o zabawę okazuje się więc także pytaniem o szanse rozwojowe. O to, co pozwala nam przekraczać granice własnego doświadczenia i spotykać się z czymś nowym, nie tracąc przy tym kontaktu z tym, skąd pochodzimy.
Być może to miał na myśli Donald Winnicott, pisząc o zabawie jako jednym z fundamentów życia psychicznego. W jego ujęciu zabawa była sposobem pozostawania żywo zainteresowanym sobą i światem.
Człowiek bawiący się nie wie jeszcze, do czego doprowadzi go jego aktywność. Nie realizuje planu. Nie wykonuje zadania. Pozwala sobie na odkrywanie.
Wiele cennych ludzkich doświadczeń przypomina zabawę bardziej niż pracę.
Czytanie książki.
Pisanie.
Rozmowa
Tworzenie.
A czasem także psychoterapia jako jedno z miejsc, w których dorośli odzyskują dostęp do takich przestrzeni.
Psychoterapia odbywa się tam, gdzie spotykają się dwa obszary zabawy – pacjenta i terapeuty.
Dwa obszary żywej ciekawości.
Jeśli zabawa staje się niemożliwa, pisał Winnicott, zadaniem terapii jest przywrócenie zdolności do zabawy.
Tego rodzaju przestrzeń często prowadzi przez miejsca bolesne, zawstydzające albo długo omijane. Pozostaje jednak przestrzenią, w której można badać własne doświadczenie bez konieczności natychmiastowego rozstrzygnięcia, kim się jest i co należy zrobić. To miejsce, w którym można wracać do własnych doświadczeń jak do znanych podwórek, ale także próbować nowych dróg - takich, które wcześniej były niedostępne albo zbyt trudne, by nimi pójść samemu.
Dzieci potrzebują placów zabaw nie tylko dlatego, że potrzebują huśtawek.
Potrzebują ich, ponieważ potrzebują przestrzeni do odkrywania siebie i świata.
Dorośli również.
Dorosłość nie odbiera nam potrzeby placów zabaw.
Odbiera nam raczej łatwość, z jaką kiedyś do nich wchodziliśmy.
Dlatego tak ważne staje się dziś pytanie nie tylko o to, gdzie one są, ale czy wciąż umiemy rozpoznać je wtedy, gdy przestają przypominać podwórko, a zaczynają mieć formę rozmowy, relacji, sztuki, terapii czy środowiska.
Nasza szansa jest w tym, że uczymy się na nowo znajdować przestrzenie, w których coś w nas może jeszcze ożyć.
To otwierające.
Można coś sprawdzić, zgubić się, zmienić kierunek, odkryć nowe przejście.
Można się zdziwić.
To ważne pytanie dorosłości - gdzie dziś znajdują się nasze place zabaw?
*Jana Brike, Painting Adolescence To Make Peace With Her Past (2015), Buzzworthy.
**Agnieszka Janik, Podwórkowe przestrzenie i miejsca zabaw. Studium pedagogiczno-kulturowe (2021), Uniwersytet Wrocławski.
***Martha Cooper, Street Play (2011).
Na zdjęciu Jana Brike ze swoimi obrazami, źródło: Buzzworthy oraz Zdjęcie z przedmieścia oławskiego źródło wikimedia Autorstwa vorwerk / fotopolska. eu, CC BY-SA 3.0
26/05/2026
Co można życzyć kobietom, które są także matkami?
Może miejsc.
Miejsc w ludziach. Tych najbliższych i tych dalszych.
Miejsc w domu, w relacjach, w świecie i kulturze.
Miejsc w rozmowach, debatach i wierszach.
Miejsc w sobie.
Miejsc w kawiarniach, urzędach i gabinetach.
Miejsc na kanapach, fotelach i kozetkach.
Miejsc, gdzie będą słuchane. I słyszane.
Miejsc, gdzie mogą po prostu być.
Zmęczone.
Czułe.
Pogubione.
Nieoczywiste.
Prawdziwe.
Długo.
Uważnie.
Naprawdę.
Obraz: Janet Hill, "Divers"
25/05/2026
Coraz wyraźniej widać, że jednym z kluczowych wymiarów współczesnego macierzyństwa nie jest samo doświadczenie bycia matką, lecz warunki, w jakich to doświadczenie się odbywa.
Można je opisać jako napięcie pomiędzy dwiema dominującymi formami społecznego organizowania macierzyństwa: idealizacją i milczeniem.
Idealizacja konstruuje obraz matki jako figury spójnej, intuicyjnej, spełnionej i emocjonalnie stabilnej. Wytwarza ona wysokie wymagania wobec kobiet oraz mechanizmy rozczarowania i dewaluacji w sytuacji, gdy rzeczywiste doświadczenie od tych oczekiwań odbiega.
Milczenie natomiast dotyczy tego, co nie mieści się w tej normatywnej formie reprezentowania macierzyństwa, a więc ambiwalencji, zmęczenia, przeciążenia, utraty ciągłości siebie, złości czy rozpaczy.
To właśnie pomiędzy tymi dwoma porządkami powstaje doświadczenie izolacji: brak języka dla przeżyć, które nie znajdują uznania. A tym samym - nie znajdują też reprezentacji.
W przywoływanych w tym cyklu tekstach powracała próba wyjścia poza to napięcie poprzez przywracanie macierzyństwu jego złożoności.
Kristeva wskazywała na kulturowe podporządkowanie kobiecości funkcji macierzyńskiej.
Tulli i Fiedorczuk odsłaniały codzienność doświadczenia, w której cielesność i psychika podlegają przeciążeniu, a poczucie kontroli bywa fragmentaryczne.
Ernaux pokazywała macierzyństwo jako przestrzeń przekazu, ale również jako miejsce pęknięcia między pokoleniami.
Świrszczyńska opisywała miłość jako relację zawierającą sprzeczności.
Brach-Czaina odnajdywała w codziennych czynnościach doświadczenia podtrzymujące istnienie - wskazując, że to, co matczyne, może przejawiać się jako zdolność do podtrzymywania życia w jego najbardziej elementarnych formach. Marcinów zwracała uwagę na kulturową nietolerancję wobec ambiwalencji.
Z perspektywy psychoanalitycznej można powiedzieć, że wszystkie te ujęcia podważają fantazję o matce jako figurze jednorodnej.
Macierzyństwo ujawnia raczej to, co w człowieku nieciągłe, ambiwalentne i podatne na przeciążenie.
Matka nie musi być spójna ani doskonała - kluczowe jest, aby mogła funkcjonować w warunkach, które umożliwiają podstawową ciągłość bycia i utrzymanie spójności doświadczenia.
Tym samym macierzyństwo nie jest wyłącznie indywidualnym doświadczeniem kobiety, lecz zjawiskiem silnie zależnym od otoczenia społecznego.
Współczesne warunki - ograniczone wsparcie, rozpad wspólnotowości, wysokie wymagania wobec kobiet - sprzyjają sytuacji, w której ciężar regulacji emocjonalnej i organizacyjnej spoczywa w dużej mierze na jednostce.
Dane dotyczące zdrowia psychicznego kobiet w okresie okołoporodowym wskazują, że jest to obszar szczególnie wrażliwy na przeciążenie. Jednocześnie znaczna część trudności pozostaje nierozpoznana, co dodatkowo pogłębia izolację.
Z tej perspektywy macierzyństwo może być rozumiane jako miejsce przecięcia kilku porządków:
-psychicznego
-cielesnego,
-relacyjnego,
-społecznego.
To właśnie w ich napięciu ujawnia się zarówno potencjał tworzenia więzi, jak i ryzyko zaburzeń.
Dlatego pytanie o macierzyństwo nie dotyczy wyłącznie tego, jakie są matki, lecz przede wszystkim tego, w jakich warunkach mają funkcjonować i czym jest funkcja matczyna.
Można dodać, że myśl psychoanalityczna wciąż powraca do pytania o funkcję matczyną - rozumianą nie jako stała rola, lecz jako zdolność do podtrzymywania i przetwarzania doświadczeń psychicznych, wspierania rozwoju oraz wyprowadzania podmiotu ze stanów zalania, dezorganizacji i utraty spójności.
Również od dawna podkreśla, że zdolność do opieki nad innym zależy od stopnia, w jakim sam podmiot jest podtrzymywany przez otoczenie. Można więc powiedzieć, że jakość macierzyństwa jest w istotnym stopniu funkcją jakości środowiska, a nie wyłącznie cech indywidualnych.
W tym sensie powracające w dyskursie społecznym pytanie o to, „jakie powinny być matki?”, przesłania bardziej podstawowe zagadnienie: co umożliwia pojawienie się funkcji matczynej
oraz jak społeczeństwo organizuje warunki, w których macierzyństwo wraz z tą funkcją staje się możliwe do uniesienia.
I to był przed-matek siódmy, ostatni.
Obraz: Chema Méndez.
24/05/2026
Przed-matek szósty
Fragment rozmowy Zofii Zalewskiej z Mirą Marcinów, autorką „Bezmatka”, o bajkowych sposobach na ambiwalencję wobec matek:
Zofia Zalewska:
„Czytając twoją książkę, zastanawiałam się nad tym, jak pamiętamy swoje matki. Ty piszesz: „Matki są zmęczone. Szczególnie stare matki, martwe matki i młode matki”, i dodajesz, że matki jak czarni bohaterowie wymagają czułości.”
Mira Marcinów:
„Bardzo jej potrzebują. Pamiętam dokładnie, kiedy każde ze zdań zapisanych w książce przydarzyło mi się w głowie, to o czułości wzięło się z rozmyślań o księżniczkach. Był taki moment, gdy myślałam, że napiszę tę książkę jako zbiór esejów o różnych obliczach bezmateczności, a jeden z rozdziałów poświęcę historiom księżniczek z bajek Disneya. Moja córka, która przechodziła wtedy etap fascynacji księżniczkami, powiedziała do mnie: „Mamo, ty jesteś jak księżniczka, bo tobie też umarła mama”. Zauważyła, że księżniczki najczęściej są sierotami, tak jest w „Królewnie Śnieżce”, w „Kopciuszku”, w „Małej syrence” i wielu innych bajkach. Matki trudno przedstawić jako negatywne bohaterki, dlatego uśmierca się je w pierwszych minutach opowieści, a potem wprowadza postać złej macochy, tak jakby figura żywej matki nie mogła nieść żadnej dwuznaczności. Wczesna śmierć matki pozwala na szybkie zawiązanie akcji i opisanie historii błyskawicznego dorastania księżniczki. Bohaterka książki Eleny Ferrante „Czas porzucenia” mówi, że współczuje kobietom, które mają długowieczne matki, bo te kobiety nie wiedzą, czym jest śmierć, i nigdy tak naprawdę się nie usamodzielniły. Słyszę w tych zdaniach bardzo dużo resentymentu, tymczasem podobne myślenie wpisane jest również w bajki, z których dowiadujemy się, że dorastanie dziewczyny wiąże się ze śmiercią matki. W bajkach matka to anioł, czarną bohaterką jest zawsze zła macocha, która zazdrości młodej dziewczynie i uprzykrza jej życie. To ona, na nieszczęście dla wszystkich kobiet, którym przyszło być macochami, uosabia drugą, brakującą stronę relacji matki i córki. Macocha, negatywna wersja kochającej i wspierającej matki, w bajkach nigdy nie zasługuje na czułość.”
Mira Marcinów w rozmowie z Zofią Zalewską, „Matki nie odchodzą”, „Dwutygodnik”, 22.04.2020.
Obraz: Anne-Marie Kornachuk, Shades of Pale
23/05/2026
Przed-matek piąty
Funkcja matczyna nie zawsze wiąże się wyłącznie z osobą matki. Czasem odnajdujemy ją także w doświadczeniach, które pozwalają nam rosnąć psychicznie, zmieniać się (nawet przeistaczać) i odzyskiwać kontakt z własnym życiem.
Może pojawiać się w sztuce, naturze, relacjach, ulubionych zajęciach albo miejscach, które dają poczucie pomieszczenia, ciągłości i tętnienia źródeł istnienia.
Psychoanaliza opisywała takie doświadczenia na różne sposoby. Winnicott pisał o „trzymaniu”, Bion o zdolności do zawierania życia psychicznego, a Bollas o „obiektach przekształcających” - doświadczeniach i relacjach, dzięki którym człowiek może stawać się bardziej sobą.
Coś matczynego może pojawiać się także poza biologicznym macierzyństwem - niezależnie od tego, czy mamy dzieci, i od tego, czy nasze własne matki były obecne.
Jolanta Brach-Czaina w "Szczelinach istnienia" próbowała odnaleźć takie podtrzymujące życie doświadczenia nie w wielkich ideach, lecz w najbardziej codziennych czynnościach: gotowaniu, karmieniu, sprzątaniu, dotyku, trosce o ciało i przestrzeń. Interesowało ją to, co zwykle pozostaje niewidzialne i powtarzalne.
W "Szczelinach istnienia" autorka napisała:
„Mamy więc „coś”, drobiny bytu, stany rzeczy, zdarzenia, fakty egzystencjalne i spotkania z nimi, poddawanie się ich oddziaływaniu, wysiłek rozumienia sensu, jaki zdolne są nam zasugerować - a wszystko to domaga się uświadomienia, że konkret egzystencjalny ma wymiar metafizyczny.
Faktyczność i sens, jeśli chcemy otworzyć się na nie, prowadzą nas nieskończenie daleko, nie tylko w tym znaczeniu, że ukazują odległą perspektywę, ale i w tym, że nas ku niej niosą — jeśli chcemy poddać się im, tak by nami pokierowały.
Gdy nagryzamy wiśnię, uderza kontrast między delikatnością miąższu a twardością pestki. Pomieszanie miękkości i twardości jest nam samym z własnych zachowań znane i nie musimy szukać ich w wiśni, lecz oczywiście sprawia nam przyjemność niespodziewane odsłonięcie zwierciadła, w którym możemy się przejrzeć.
Porozumienie z obiektem i z sobą samym poprzez napotkany obiekt egzystencjalny wymaga spełnienia szczególnych warunków. Przede wszystkim musimy znaleźć się w orbicie oddziaływania faktu, który uderza. Są zdarzenia posiadające niewątpliwą moc; ich wymowie, o której nie możemy nie myśleć, skłonni jesteśmy podporządkować szersze obszary naszego życia.”*
Coś więc z funkcji matczynej skrywa się wszędzie tam, gdzie człowiek nie traci kontaktu ze swoim życiem.To „matczyne” bo umożliwia zaistnienie w sobie.
*Brach-Czaina J., Szczeliny istnienia, Wydawnictwo Dowody na Istnienie, Warszawa 2018, s. 17.
Obraz archiwum własne, autor: B.W-B.
Kliknij tutaj, aby odebrać Sponsorowane Ogłoszenie.
Kategoria
Strona Internetowa
Adres
Wroclaw
56-400