Inna Perspektywa
KIEROWCA SWOJEGO ŻYCIA odsłona 2
Każdy z nas rodzi się do przeżycia swojego życia. Przychodzimy na świat z myślą: "Będę kierowcą! Ciekawe kto będzie mnie uczył i jak to będzie wyglądało?" No i spotykamy naszych instruktorów - rodziców, którzy nas uczą. Rzecz w tym, że bardzo często ci instruktorzy wysadzają nas z fotela kierowcy i stają się naszymi szoferami, bo tak jest łatwiej, bo oni też zostali wysadzeni, bo uważają, że tak jest lepiej...
Syn (lat 5) do mnie powiedział: "Ty nie rządzisz moim życiem" i ja się z nim zgadzam. Ja jego życiem nie rządzę. On nim rządzi. Wielu ludziom się wydaje, że rodziców trzeba się słuchać, bo oni rządzą. BA! Są nawet osoby, które twierdzą, że dzieci są ich własnością.
A zatem większość ludzi została wysadzona z fotela kierowcy w bardzo młodym wieku. Praktycznie od razu, kiedy zaczynamy pokazywać "charakterek" jesteśmy "prostowani", "naprawiani", "wychowywani". Wtłaczane nam są do głów normy, zasady i reguły postępowania. W tym wszystkim gubimy nasze "ja". Przestajemy wiedzieć kim naprawdę jesteśmy, co czujemy, co lubimy i czego w życiu chcemy, ale wiemy co się podoba lub nie mamie i tacie, czego nie powinniśmy, a co powinniśmy, czego od nas oczekują inni. Czy zauważyliście, że tak do 3 roku życia dzieci dobrze wiedzą co chcą i co lubią, a potem to jest zmieniane? To tu gubimy i tracimy siebie. Jesteśmy wysadzani z fotela kierowcy naszego życia na fotel pasażera, który musi wykonywać polecenia kierowcy-szofera. A potem całe życie jesteśmy nieszczęśliwi, bo przychodzi moment, kiedy jednak musimy siąść za kierownicą tego naszego auta zwanego inaczej też życiem i okazuje się, że my nie umiemy być kierowcami tego pojazdu. Szukamy zatem szofera - kogoś innego, kto będzie nas woził i kto będzie wydawał polecenia. Najlepiej partnera - naszą "drugą połówkę pomarańczy, jabłka czy innej śliwki". A potem zmieniamy kierowcę na innego, bo ten nie dał rady i potem jeszcze następni... A tak naprawdę, to boimy się sami siąść za kierownicą.
Uważam, że trzeba powiedzieć, że nasi rodzice robią najlepiej jak potrafią. Tak, jak sami zostali nauczeni, więc nie możemy obwinić ich za to, że są kiepskimi instruktorami. To byłoby niesprawiedliwe, bo przecież oni zawsze dają nam to, co mają i więcej. A skoro nikt ich wcześniej nie nauczył bycia dobrymi instruktorami, to skąd oni mieli to wiedzieć? I takie schematy przechodzą z pokolenia na pokolenie, aż w końcu nastąpi efekt 13 małpy i znajdzie się ten, który o to zapyta, przyjrzy się i przesiądzie w końcu na ten fotel kierowcy. Bez instruktora - na podstawie swoich błędów, rozbijając kilka aut, budynków i znaków nauczy się jeździć. W sumie, to każdy może sam nauczyć się jeździć, tylko z instruktorem jest łatwiej i szybciej. To po to ich mamy - żeby było łatwiej. No ale jak nauczyciel sam nie potrafi, to drugiego nie nauczy, prawda? A jeszcze jak zamiast siedzieć obok i pomagać swoim sprzęgłem i hamulcem, przesiądzie się i tak zapamięta w pokazywaniu, to kursant prześpi cały kurs, bo po co ma się wysilać? A potem zderzy się z życiem bez znieczulenia.
Praca rozwoju wewnętrznego, którą wykonuje teraz wiele osób, to właśnie przesiadanie się na fotel kierowcy w aucie swojego życia... Wszystkim tym, którzy podejmują się tej próby życzę szerokiej drogi!
Z miłością!
DOROSŁOŚĆ I DOJRZAŁOŚĆ , TO JEDNAK NIE TO SAMO.
Żyję sobie, doświadczam, spotykam się z ludźmi, czytam wiele różnych artykułów i słucham mnóstwa wywiadów. I te pojedyncze, pozornie nie związane ze sobą kropki łączą się w jedną całość jaką są następujące wnioski:
Większość dorosłych to dzieci w dorosłych ciałach. >
Dzieci są często bardziej dojrzałe niż dorośli. >
Dzieci są dla dorosłych darem, który pojawia się po to, żeby dać im szansę na osiągnięcie dojrzałości.
Myślę, że najlepiej będzie, jeśli zacznę od wyjaśnienia jak ja rozumiem pojęcia „dorosłość” i „dojrzałość”.
A zatem człowiek dorosły, to taki ktoś, kto fizycznie i prawnie jest pełnoletni(a). Może sam(a) o sobie stanowić, podejmować różne działania, zawierać umowy, kupować różne rzeczy etc. Ponadto często korzysta ze swoich praw i przywilejów w sposób bezrefleksyjny, automatyczny, jest słabo rozwinięty emocjonalnie, nie potrafi sobie w wielu sytuacjach poradzić
Podczas gdy człowiek dojrzały to taki, który – oprócz tego, że jest pełnoletni i może to, co ten dorosły – potrafi w tych swoich decyzjach i wyborach uwzględnić szerszy obraz, kwestionuje gotowce, pyta, kiedy nie jest przekonana(y) co do słuszności jakiegoś twierdzenia lub postępowania, ma odwagę kroczyć swoją własną ścieżką, mimo że tak jest trudniej. Wie, że jego życie jest tylko jego i nikt go za niego czy za nią nie przeżyje.
Przy obu tych pojęciach – w moim pojmowaniu – wiek nie ma najmniejszego znaczenia.
Kiedyś miałam te słowa za bliskoznaczne, ale w ciągu ostatnich lat doszłam do wniosku, że z nimi jest jak z kwadratem i prostokątem: każdy kwadrat jest prostokątem, ale nie każdy prostokąt jest kwadratem. Analogicznie – (prawie) każdy dojrzały jest dorosły, ale nie każdy dorosły jest dojrzały. Dodałam tam jeszcze „prawie”, bo przecież zdarzają się dzieci, które są tak straumatyzowane, że jeszcze będąc niepełnoletnimi już muszą dojrzeć i czasem im to zostaje do końca życia, a czasem nie.
Powyższe definicje, to rezultat mojego doświadczenia życiowego. Prawdziwe obserwacje, konkluzje i odkrycia w tym temacie pojawiły się odkąd sama mam dzieci, bo wcześniej dla mnie d=d. Dzisiaj przyglądam się jak różni ludzie (w tym ja i moi najbliżsi) reagują w różnych sytuacjach i porównuję to do reakcji moich potomków. Zauważam, że bardzo często niewiele się to różni.
Przykłady z mojego własnego życia:
1.
Kiedy rozpoczęłam moją pierwszą etatową pracę spodziewałam się, że wejdę do grona ludzi dorosłych = dojrzałych. Moje zdumienie nie miało granic, kiedy okazało się, że reakcje, postępowanie, podejście do różnych spraw jest takie samo jak u dzieci w przedszkolu. Plotki, podstępy, obrażanie się, plany, zabawy, przyjaźnie – wszystko to samo, tylko bardziej zakamuflowane, nieoczywiste. W przedszkolu dzieci od razu otwarcie mówią, że coś ich zachwyca, a coś innego im się nie podoba, czy spotkała ich przykrość, co też widać, bo płaczą albo się izolują od grupy. W pracy natomiast – jest udawanie, maskowanie i robienie jakiegoś tam wrażenia. Radzenie sobie z emocjonalnymi wyzwaniami – na dokładnie tym samym poziomie. Widocznie nikt tych dorosłych nie nauczył co i jak robić, kiedy oni byli przedszkolakami...
2.
Obserwuję dziadków moich dzieci. U babć często zauważam przekonania i mechanizmy, których używają moje dzieci, żeby sobie z czymś poradzić. I to się stało tylko dlatego, że mogę obcować z tymi dwoma pokoleniami – kiedy jest tylko 1 pokolenie – nie widać tego, bo dziecko (w tym przypadku ja) zawsze postrzega swojego rodzica przez różowe okulary. Gdy natomiast sama stałam się mamą – widzę różne podobieństwa.
Natomiast niekwestionowanym mistrzem pokazywania tego, jak dzieci mogą być uwięzione w dorosłych ciałach jest dziadek moich dzieci. Mieliśmy kilka takich znaczących sytuacji i podczas jednej z nich stwierdziłam: „Albo tato wymaga, aby siedmiolatka była na poziomie rozwoju emocjonalnego sześćdziesięciolatka, albo to tato jest na poziomie siedmiolatki, bo to, co tato mówi jest zrównywaniem Was do jednego poziomu”. Oczywiście nie zostało to dobrze przyjęte, ale tak to już ze mną jest – mówię, co widzę.
Czasem te jego reakcje to tylko jakieś zdanie, czasem śmiech, a czasem naprawdę gruba akcja, która kończy się ostrą wymianą zdań i – teraz już tylko jednostronnym – obrzucaniem się winą za zaistniałą sytuację (jest to jednostronne, bo ja nauczyłam się być na innej stronie emocjonalnej ulicy w tych wydarzeniach i z tej mojej strony widzę, że dziadek tak naprawdę bardzo cierpi i nie umie sobie z tym poradzić - stąd jego reakcje).
3.
W sytuacjach konfliktowych dzieci często znajdują jakieś kompromisowe rozwiązania – jak się im nie przeszkadza. Interwencje są konieczne naprawdę rzadko, a jak ktoś jest nadgorliwy, to dziecięca kłótnia rośnie. A dorośli? Kiedy im na czymś zależy, potrafią dążyć po trupach do celu. Weźmy na przykład sytuacje, w których rozchodzą się pary z dziećmi. Ileż to pań i panów – wielokroć dobrze wykształconych, dobrze zarabiających, rozsądnych używa dzieci jako karty przetargowej w swoim sporze? Ileż to razy nastawiają dzieci przeciwko drugiemu rodzicowi? Nie obchodzi ich to, kto tak naprawdę najwięcej na całej takiej sytuacji traci – liczy się tylko ich ból. Czy zatem o takiej osobie można powiedzieć, że jest dojrzała?
4.
Podejście do różnego rodzaju gwiazd i celebrytów. Traktowanie ich jak jakichś bogów, wywyższone figury. Dlaczego ludzie obserwują, folołują, śledzą, mdleją, szaleją czy co tam innego się robi. Czym tak naprawdę różni się twórczość piekarza od twórczości piosenkarza czy aktora? Dlaczego to ten piekarz nie może być celebrytą? Jeżeli ktoś jest dojrzały – sam będzie swoim największym autorytetem. Muzyki posłucha, film obejrzy, na koncert skoczy, ale nie będzie zaglądał do domów, rodzin, łóżek czy łazienek tych ludzi – bo nie będzie widział przyczyny, dla której miałby to robić. Czy to nie jest trochę tak, jak z dzieckiem i rodzicem? Dziecko przygląda się rodzicowi, który jest dla malucha kimś w rodzaju boga i chce być taki jak on/ona – tak, jak dorośli pragną być jak ich idole... Pamiętam słyszałam razu jednego nawet taką opowieść o pewnym eksperymencie. Rozdzielono pary dziecko-rodzic i zadano im to samo pytanie: gdybyś mógł spędzić 1 dzień z osobą, którą najbardziej podziwiasz, która wywarła na Tobie największe wrażenie – to kto by to był? Rodzice wymieniali, aktorów, piosenkarzy, matki teresy, nelsony mandele, dalaj lamy i inne osobistości, a dzieci po prostu wskazywały na mamę albo tatę.
5.
Jeżeli rodzic słucha swoich dzieci, to może się wiele nauczyć. Młodzi mają cudowne obserwacje, spostrzeżenia i – częstokroć – zaskakującą, świeżą i dojrzałą perspektywę. Trzeba tylko być na tyle otwartym i pokornym, żeby nie założyć, że pozjadało się wszystkie rozumy i niczego mądrego dzieci nie powiedzą. Kiedyś mnie córka momentalnie sprowadziła na ziemię z jakiegoś wnerwu na część z moich dzieci prostym pytaniem: „A dlaczego do niego mówisz innym głosem, a do nas innym?” Jako jedynie dorosła odpowiedziałabym „Wydaje Ci się”, ale jako ktoś, kto wkroczył na ścieżkę dojrzewania – zastanowiłam się nad tym krótko, aczkolwiek głęboko, po czym przyznałam jej rację, przeprosiłam i wytłumaczyłam skąd różnica.
Myślę, że w tych 5 punktach zawarłam wystarczająco dużo spostrzeżeń, żeby zachęcić Was do samodzielnego przyjrzenia się tym pojęciom i zagadnieniom. Uważam, że dzieci są proste i szczere, myślą prosto, kochają całymi sobą, nie udają, nie maskują, dzięki czemu żyją każdego dnia na 100%. Każde dziecko to dla dorosłych dar, bo przez możliwość obcowania z tym młodym człowiekiem – nieopierzonym, niedoświadczonym, spontanicznym i naiwnym – może sam w sobie odnaleźć takiego radosnego i beztroskiego malca. No bo przecież każdy z nas takiego w sobie ma, tylko mocno go ukrywamy pod naszymi maskami. A jak tego malucha odkryjemy, ukochamy i wesprzemy, to dorosły będzie mógł awansować na dojrzałego dorosłego!
25/02/2023
PRZEWODNIK W LESIE ŻYCIA
W czasie pewnej rozmowy z małżonem mym – na potrzeby przedstawienia swojego punktu widzenia – urodziła mi się metafora dotycząca wychowywania dzieci. Otóż rodzic jest dla dzieci jak przewodnik wycieczki po lesie.
Może zacznę jednak od wyjaśnienia genezy rozmowy. Podstawą wszystkiego jest moje głębokie przekonanie, że dzieci to są dokładnie tacy sami LUDZIE jak dorośli, z tą różnicą, że mają mniejsze doświadczenie w życiu na tej Ziemi. Oprócz tego doszłam też do wniosku, że dzieci są DAREM dla niedojrzałych dorosłych (o nich napiszę innym razem) przychodzącym po to, żeby ci „dorośli” mogli przypomnieć sobie co tak naprawdę jest w życiu ważne i żeby znów stali się bardziej uważni na „tu i teraz”. Uważam, że to my, „dorośli” możemy więcej nauczyć się od dzieci niż one od nas.
Na tej podstawie powstała teza małżona: skoro to są tacy sami ludzie, to powinni ponosić wszelakie konsekwencje swoich działań. Zgadzam się z tą tezą. Od momentu, w którym doszłam do powyższych odkryć, zastanawiałam się jak to pogodzić z wpajaniem dzieciom wielu przekonań i zachowań ze świata, w którym żyjemy, a w które ja sama już nie wierzę. No i kiedy zaistniała ta nasza rozmowa - znalazłam odpowiedź, tudzież odpowiedź znalazła mnie.
Otóż rodzice są dla dzieci jak przewodnik wycieczki w lesie. Wydaje mu się, że wszystko dobrze zna, ale uczestnicy tej wycieczki zachwycają się każdym drzewem, krzakiem, liściem, kwiatkiem, zwierzątkiem, promieniem słońca, kroplą rosy itd. Dzięki temu uważny i mądry przewodnik będzie uczył się od swojej grupy nieznającej jeszcze lasu „na wylot”. Zobaczy, że ma niepowtarzalną okazję do tego by spojrzeć na to, co dobrze zna tak na świeżo, zupełnie inaczej, bo cudzymi oczami (=z Innej Perspektywy).
Oprócz tego, ów przewodnik jest odpowiedzialny za to, żeby wycieczka obyła się bez wypadków i strat w uczestnikach. Musi ich zatem nauczyć jak się w lesie zachowywać: jak rozpoznawać zagrożenia, gdzie nie wchodzić, jak znaleźć schronienie, jak rozpalić ogień, jak i skąd zdobyć pożywienie. Tych zasad rodzice powinni uczyć dzieci, ale tak, żeby jednocześnie być otwartym na zmianę swojej perspektywy, która niejednokrotnie jest wynikiem doświadczeń – pozytywnych i negatywnych i nie pozwala na spontaniczne odkrywanie nowych zakamarków lasu bez jakichkolwiek uprzedzeń. My już niesiemy swój ciężki plecak: smutek, niezadowolenie, żal, rozczarowania, zawody, poczucie bycia niekochanym, niewystarczającym i wiele wiele innych. Mamy swoje rany i często bardzo o nie dbamy – wbrew temu, co nam się wydaje – często nie potrafimy odpuścić i wybaczyć, co tylko jątrzy i zwiększa ból. Mamy jakieś tam sukcesy, ale indoktrynacja jaką przeszliśmy i nasze otoczenie (= wszyscy) nie pozwalają nam ich wyolbrzymiać w równym stopniu, w jakim wyolbrzymiamy nasze małe porażki, czy niedociągnięcia. Wracając do metafory: w najlepszym wypadku widzimy las jako nudny, zawsze taki sam i praktycznie przy każdym drzewie spodziewamy się, że wpadniemy w pajęczynę, a w najgorszym boimy się postawić krok, bo jesteśmy przekonani, że zaraz coś nas zaatakuje. A dzieci spontanicznie, radośnie i z wielką ciekawością odkrywają świat - a przez to przewodnik ma wspaniałą szansę wyjść ze swojej rutyny.
Niech szanowna wycieczka sama odnajduje swoje ścieżki i ogląda nowe widoki przy wsparciu przewodnika, a nie pod jego/jej absolutną dyktaturą. Przewodnik-towarzysz ma wspierać wędrowników, nienachalnie służyć im swoim doświadczeniem, a przy okazji sam może się wiele nauczyć, wszak każdy jest inny i do końca życia możemy dowiadywać się nowych rzeczy.
Co natomiast obserwuję wokół to to, że raczej jest praktykowany model, w którym rodzic jest dyktatorem, który wydaje rozkazy „dla dobra dziecka”. Owo „dobro” jest postrzegane przez pryzmat swoich doświadczeń, traum, wyobrażeń i oczekiwań. Stosunkowo niewielu rodziców zastanawia się czego potrzebują lub chcą ich dzieci, jakimi ludźmi są czy czego mogliby się od nich nauczyć. „Dorośli” znają odpowiedzi na WSZYSTKIE pytania. A kiedy dziecko zapędzi ich w kozi róg swoją ciekawością lub spostrzegawczością – mówią coś w stylu: „nie interesuj się”, „to nie dla dzieci”, „jak śmiesz mnie o to pytać?” lub „a lekcje odrobiłaś/eś?”.
A może by tak zmienić perspektywę i zapytać siebie samego/samej: jak to było, kiedy ja miałam/em 3, 6, 8, 12 czy 15 lat? Jak widziałam/em świat? Jak czułam/em świat? Co przeżywałem/am w podobnej sytuacji? Jak radziłam/em sobie z wyzwaniami? Jakie były relacje? Po prostu poczuć się znów dzieckiem.
Życzę Wszystkim Przewodników-Towarzyszy – żeby byli lub żeby mieli :)
Kliknij tutaj, aby odebrać Sponsorowane Ogłoszenie.
Kategoria
Skontaktuj się z praktyka
Telefon
Strona Internetowa
Adres
Wroclaw