Fotolatryk

Fotolatryk

Udostępnij

01/04/2026

Ziemia przykleiła się do jej skóry
jakby próbowała ją zatrzymać na zawsze,
jakby już wiedziała,
że nikt po nią nie wróci.
Oczy ma puste —
ale czasem, gdy las milknie zbyt nagle,
wydaje się, że patrzy.
Nie na ciebie.
Przez ciebie.

27/09/2025

Mówili, że w starym strumieniu czas nie płynie tak samo jak wszędzie indziej. Kto odważył się zanurzyć tam zegar, ten zatrzymywał godzinę własnej śmierci.
Kiedy muł zakrył tarczę, na powierzchni pojawił się kształt – twarz, jakby wyłaniająca się z dna. Nie była odbiciem, nie należała do nikogo żywego. Patrzyła spokojnie, cierpliwie, jakby wiedziała, że i tak nadejdzie chwila, gdy wskazówki staną również dla ciebie.

Fragment z notatnika znalezionego nad strumieniem pod Rokosowem.

„Miejscowi ostrzegali mnie, żebym nie schodził ku wodzie po zmroku. Mówili, że w tamtym miejscu zegary przestają chodzić, a każdy, kto spojrzy w nurt, widzi coś więcej niż własne odbicie.
Podjąłem jednak ryzyko. Zanurzyłem tarczę starego zegara w mulistej wodzie, a strumień przyjął ją chciwie, jakby czekał od dawna na ofiarę.
Po chwili powierzchnia rozjaśniła się i ujrzałem twarz – nie swoją, nie nikogo mi znanego. Była zbyt wyraźna, zbyt uważna, by mogła być złudzeniem. Wodziła wzrokiem za wskazówkami, jak strażnik czekający na chwilę, gdy dopełni się wyznaczona godzina.
Miejscowi nazywają go Strażnikiem Czasu. Mówią, że jego spojrzenie pojawia się tylko wtedy, gdy ktoś zakłóci naturalny bieg wody, gdy zatrzyma jej rytm. Wtedy czas również się zatrzymuje – dla zegara, dla strumienia, a w końcu i dla tego, kto odważył się patrzeć.
Nie wiem, o której godzinie stanie mój zegar. Ale wiem, że gdy to się stanie, twarz wynurzy się jeszcze raz. Tym razem po mnie.”

Dariusz P.

24/09/2025

Raz — dla ciebie
dwa — dla mnie
trzy — to pętla zaciągnięta
Cztery — kroki
pięć — bez tchu
sześć — i nie ma cię już tu.

21/09/2025

Cela numer trzynaście była pusta. Drzwi, zamknięte od wewnątrz, nie nosiły śladów włamania ani siły. Pacjent zniknął w nocy, jakby rozpłynął się w powietrzu.
Strażnik, który rano zajrzał do środka, nie potrafił wydobyć z siebie słowa. Na ścianie, tuż nad zardzewiałym łóżkiem, widniał napis, wydrapany gołymi paznokciami. Litery były zakrwawione, ciągnęły się, aż do nagich cegieł, odsłaniając je spod obdrapanego tynku:
„Kto spróbuje zatrzymać czas, sam zostaje przez niego uwięziony.”
Na ścianie celi wisiał zegar z pękniętą szybą. Jego wskazówki nie drgały. Jedna z nich była ściągnięta sznurkiem, napiętym do granic, jakby ktoś chciał zadać mu ból i zatrzymać ostatni ruch. Zegar wskazywał godzinę 23:55.
To właśnie o tej porze, według zapisów z monitoringu, korytarze pogrążyły się w chwilowej ciemności. Kamery zarejestrowały tylko zakłócenia – migotanie obrazu, smugi przypominające rozciągnięte sylwetki. Kiedy prąd wrócił, pacjenta już nie było.
Niektórzy pracownicy mówili, że śmiał się jak Joker, tuż przed ciszą. Inni przysięgali, że w tym śmiechu było coś nieludzkiego, jakby rozlegał się z samego wnętrza zegara.
Pacjent zniknął w nocy. Dokładnie pięć minut przed północą.
Kilka dni później zaczęło się coś dziwnego. Najpierw jedna pielęgniarka, potem strażnik, a potem wszyscy — zegarki, które nosili na rękach, przestawały działać dokładnie o tej samej porze. 23:55.
Nie miało znaczenia, czy to tanie zegarki z bazaru, drogie, szwajcarskie mechanizmy czy elektroniczne smartwatche. Wszystkie zatrzymywały się jednocześnie, w całym szpitalu.
Dyrektor kazał sprawdzić instalację elektryczną, zbadano pole magnetyczne w budynku, nawet sprowadzono wojskowego inżyniera z miasta. Żaden raport nie wyjaśnił anomalii. Zegary wciąż stawały.
Pacjenci zaczęli dostrzegać w tym znak. Jeden z nich, schizofrenik zamknięty od lat, wbił sobie paznokcie w przedramię, rysując krwawą tarczę zegara, powtarzając w kółko: „Czas go połknął, a teraz pluje nami wszystkimi”.
Na oddziale pojawiło się coś jeszcze. Kiedy wybijała feralna godzina, wszystkie korytarze na krótką chwilę cichły. Kroki, szepty, nawet oddechy – wszystko milkło, jakby powietrze gęstniało. W ciszy zawsze rozlegał się ten sam dźwięk: pojedyncze, przeciągłe „tik”.
Niektórzy mówili, że to zegar w sali numer trzynaście, choć od dawna leżał tam rozbity na kawałki. Inni przysięgali, że ten „tik” to uśmiech, zamieniony w dźwięk.
Od tej pory każdy, kto spojrzał na swój zegarek o 23:55, widział nie wskazówki, lecz swoje własne odbicie w lśniącej szybie tarczy. I to odbicie zawsze się śmiało.
[Monolog pacjenta]
Nie uciekłem. Nie.
To oni uciekają. Codziennie, w każdej sekundzie. Wypuszczają czas z rąk jak wodę, która przecieka przez palce. Boją się zegara, a ja go przyjąłem.
Rozebrałem go na części. Ostatnie metalowe serce, które biło. Widziałem, jak drgało… jak trzęsący się mięsień. A potem zacisnąłem sznurek. Musiał poczuć ból. Musiał zrozumieć, że ja dyktuję tempo.
23:55. Pięć minut przed końcem. Idealny moment, żeby się zatrzymać.
Nie wiecie, co to znaczy? To nie jest godzina. To brama.
Tik… tik… ha-ha-ha… tik… tik… ha-ha-ha…
To moja kołysanka. To moje serce.
Czas nie płynie — czas wije się, krztusi, dławi się własnym śmiechem.
A ja śmieję się razem z nim. Śmiech jest ostrzem. Śmiech jest kluczem.
Pięć minut… pięć minut… pięć minut…
Powtarzam to, aż znika dzień, aż topnieje noc. Pięć minut. Tylko pięć.
Teraz mieszkam w środku tykania. Tu nie ma światła, ale wszystko jest widoczne. Tu nie ma ciszy, ale każde słowo brzmi jak krzyk. Tu, o 23:55 wszyscy jesteście moimi pacjentami.
Zatrzymałem czas, więc wy też staniecie. Wasze zegarki już wiedzą. Każdej nocy, o tej samej godzinie, one umierają. Tak samo jak ja umarłem… i narodziłem się jeszcze raz.
Tik… tik… ha-ha-ha… tik… tik… ha-ha-ha…
Nie uciekłem.
To wy jesteście zamknięci.
Dariusz P.

19/09/2025

Nikt nie wiedział, kto pierwszy zobaczył go w korytarzach opuszczonego budynku. Ciemna sylwetka, bez twarzy, powoli sunęła wśród betonowych filarów. W ręku trzymał coś, co przypominało kosę, a za sobą ciągnął worek, którego kształt zdradzał, że nie był pusty.

Kiedy się poruszał, światło w jego otoczeniu jakby gasło – jakby cień żył własnym życiem i pożerał wszystko wokół. Ci, którzy go spotkali, mówili potem, że obraz zawsze pozostawał nieostry, jakby wzrok odmawiał skupienia.

Twierdzili też, że worek czasem drgał, jakby coś w nim jeszcze próbowało się wydostać. Inni przysięgali, że słyszeli z wnętrza szept – urywany, zduszony, ale nie do końca ludzki.

Niektórzy uciekali, zanim zdołał się zbliżyć. Ci, którzy zostali, nigdy już nie wrócili. Zostawały tylko smugi na betonie i zapach wilgotnej ziemi, jak po świeżo wykopanym grobie.

Od tamtej pory budynek stoi pusty, ale nocą można usłyszeć szuranie. Jakby ktoś wciąż ciągnął worek po korytarzu.

Dariusz P.

Śmierć Paweł Chmielewski. Trup Piotr Sklenarski

Chcesz aby twoja firma była na górze listy Usługi Fotograficzne w Koszalin?
Kliknij tutaj, aby odebrać Sponsorowane Ogłoszenie.

Kategoria

Strona Internetowa

Adres


Koszalin