PKP BEKA
14/02/2026
24/12/2024
Zdrowych, radosnych Świąt Bożego Narodzenia, Kochani 🎄
Agnieszka Sławińska Dziękujemy za cudny prezent 😍
13/12/2024
Angkor
Lotnisko w Luang Phrabang, położone 15 min tuktukiem od miasta, czaruje swoją sielskościa i przytulnością. Nie ma wprawdzie praktycznie nic do jedzenia poza zupkami chińskimi i paroma podstawowymi daniami, ale już dosłownie kilka kroków za bramą ogniska trafiliśmy z Karolem na rozpalanie grilla i sprawianie świeżo ubitej kozy. Jeszcze godzinka i byłoby pyszne jedzonko! Taki tam klimat.
Viernam Airlines ujęły nas nie tylko pięknymi strojami stewardess, ale też zadbanym A321, przyzwoitymi odstępami między siedzeniami i uśmiechniętym personelem. Spokojne półtorej godziny w powietrzu, z widokiem na wijący się Mekong i byliśmy już na Siem Reap Angkor Int’l Airport.
Pamiętając sprzed 13 lat dawne lotnisko w Siem Reap, przytulne, z terminalem a la buddyjska świątynia można doznać teraz szoku: 700 ha terenu, pas na 3.600 m zdolny przyjąć każdy samolot, płyta zdolna pomieścić ich tuziny, wielki terminal, rękawy – KRK przy tym to kameralny port. Cóż – inwestorem i operatorem jest Yunnan Aviation Industry Investment Group. Chińczycy nie zatrzymali się na Laosie.
Mimo gabarytów lotnisko jest dość pustawe, ale robi wrażenie dobrą organizacją: przed kontrolą paszportową jest kilkadziesiąt stanowisk z tabletami, gdzie można uzupełnić dane do e-wizy, sama odprawa bez kolejki, bo ludzi niewielu, a pograniczników jak na Heathrow. Oddalenie portu o 50 km od Siem Reap powoduje, że warto zawczasu przemyśleć kwestię dostania się do miasta. Myśmy wzięli busa z hotelu, co nie było najtańsze (45$), ale za to pewne. Przed lotniskiem były jakieś taxi i busiki, więc pewnie można by kilka $ zaoszczędzić. Na pewno dystans nie jest na tuktuka.
Zatrzymaliśmy sie w Siem Reap w samym centrum (Ta Prohm Hotel&SPA, 45$ za pokój, basen, czysto, piękne wnętrza) – niepodal Night Market, nad rzeką, mając w pobliżu (
07/12/2024
Wieprzowina O Lam
Podczas zakupów na bazarze poza rybami La nabyła także zdrowy kawał wieprzowej szynki – na oko ponad kilogram. Wiedzieliśmy, że głodni nie wyjdziemy.
Szynkę La kazała pokroić na kilka sporych kawałów, takich po 150g, grubych na 2,5-3 cm, w miarę możliwości wg układu mięśni (be przecinania ich). Posoliła, dodała sosu rybnego i odłożyła, żeby się zamarynowało.
Po pół godziny mięso powędrowało upiec się na żarze – trochę jak szaszłyk, ale nie nabite na szampur, tylko wciśnięte między dwa bambusowe kijki związane na końcach (spokojnie do zrobienia u nas np z suchego dębowego pieńka, drobno porąbanego na drzazgi, spiętego drutem lub sizalowym sznurkiem).
W tym czasie w kotle zagotowaliśmy wodę, do której wrzucone zostało po upieczeniu posiekane na plasterki po ok. 0,5cm mięso, trawa cytrynowa, papryczki chilli, uwaga! porąbane kawałki drewna „sakhan”, góra siekanej zieleniny (kolendra, bazylia, jakieś nieznane nam zielska), grzyby mun (pokrojone na kawałki 3x3 cm i uprzednio namoczone w wodzie) i coś a la mini bakłażanki, lekko nacięte. Bakłażanki owe po jakimś kwadransie ugotowane wyjęliśmy z wody, rozmiażdżyliśmy w moździerzu na paćkę i wrzuciliśmy do zupy z powrotem.
Pogotowało się to jeszcze z pół godziny i La uznała, że jest gotowe. Wrzuciła jeszcze trochę siekanego szczypiorku i sosu rybnego, i po chwili zdjęła kocioł z ognia. „Wody” było w nim stosunkowo niewiele. Jedliśmy to wyjadając składniki pałeczkami, a w cieczy moczyliśmy kulki uformowane ręcznie z kleistego ryżu, o którym będzie oddzielny post :)
Dla nas oczywiście najbardziej zagadkowym składnikiem były kawałki drewna sakhan. La kupiła to w postaci pociętych na kawałki po 10-12 cm gałęzi o średnicy ok. 4 cm, ale na bazarze były też kłody ważące parę kg. Powiedziała, że to ostra przyprawa. Umyła starannie w zlewie, obrała z odrostów i kazała nam połupać to nożem na 8 części. Polizane faktycznie paliło w język! Ale, co najciekawsze, po ugotowaniu okazało się, że można to jeść. Wrzucone przez nas drewienka, jak się okazało, zawierały miękisz, który stał się miękki, faktycznie nieco pikantny, powiązany włóknami które się nie rozgotowały i trzeba było wypluć. Dla potrzeb odtworzenia O Lam w Polsce zamiast zapewne niedostępnego drzewa sakhan można, moim zdaniem, użyć nieco gałki muszkatołowej (ale nie za wiele, żeby nie zdominowała smaku) i mielonego pieprzu. Na smak i aromat potrawy największy wpływ ma wywar z mięsa, bakłażanki, grzyby i aromatyczna zielenina, więc pikantność można dać w zasadzie w dowolny sposób.
Jak zwykle, jeśli ktoś z Was próbowałby O Lam odtworzyć – prosimy o pochwalenie się!
Smacznego :)
06/12/2024
Ryba w liściach bambusa – Mok Pa
Na pierwsze danie La przygotowała Mok Pa – rybę duszoną na parze w bambusowych liściach. Oryginalnie duszenie odbywa się w specjalnych wyplatanych koszach (w których też można robić ryż), ale w warunkach krajowych sito i pokrywka też załatwią sprawę. Myśmy za całe 20 zł kupili na targu cały potrzebny sprzęt :)
Zaczęliśmy od zaprawy do ryby: w moździerzu należało utłuc na grubą mąkę ze 2-3 łyżki ryżu; posiekać cebulę, czosnek, papryczki chilli (wedle woli), trawę cytrynową, dodać liście kafiru oraz sól i wszystko to pomieszać. Nie podaję w zaprawie proporcji, bo to zależy od tego, które smaki chcemy podkreślić. Masę robi cebulka i mąka ryżowa, a czosnek, papryczki, trawa cytrynowa i kafir dają zapach i smak, więc nimi możemy dowolnie sterować. Kafir trzeba dać tak, żeby potem na każde „zawiniątko” z rybą był jeden listek.
Ryby należy wyfiletować (w oryginale ryby słodkowodne) i pokroić na kawałki, takie na oko 3x3 cm. Laotańskiej nazwy ryby, jaką dostaliśmy, niestety nie przytoczę; z oferty naszych stoisk rybnych myślę, że filet z okonia nilowego lub suma afrykańskiego świetnie się sprawdzi, bo nie rozwali się w czasie gotowania od razu, a ości prawie nie ma. Nota bene – wiecie, że ¼ produkcji ryb słodkowodnych na świecie pochodzi z dorzecza Mekongu?
Mając już gotowe kawałki ryby należy je wymieszać z zaprawą (ilość zaprawy zależy więc od ilości ryby – trzeba sobie to na oko dopasować).
Kładziemy liście bananowca na desce (zawsze 2 warstwy). W Laosie liście kupiliśmy na targu, u nas można kupić za grosze mrożone w paczkach po ok. 0,5kg (w internecie nie brak ofert). My na pewno latem spróbujemy też naszych rodzimych liści chrzanu, o ile uda się znaleźć niepodziurawione przez robaki.
Kawałki liścia muszą mieć wymiary przkoszonych nieco kwadratów o boku 20-25cm. Na środku takiej bananowej tacki kładziemy 3-4 kawałki ryby, i robimy z nich paczuszkę (vide zdjęcia poniżej). Zamykamy ją wykałaczką. Ważne, żeby „paczuszka” była szczelna od spodu, żeby sos nie wyciekł. Całość ma wyglądać tak, jak widać na dole zdjęcia, ale jak wyjdzie inaczej - bez paniki! Grunt, żeby nie wyciekało.
Przygotowane paczuszki umieszczamy w koszu do gotowania na parze (lub sicie), przykrywamy 2-3 kawałkami liścia bananowca (lub pokrywką) i dusimy na parze – La trzymała je ok. pół godziny, jak robimy pierwszy raz to pół godziny (lub po 15 min, jeśli mamy szczelną pokrywkę) warto wykałaczką sprawdzić, czy ryba „doszła”. Jak doszła, można zdjąć z kuchni i odstawić pod przykryciem, żeby nie wystygła przed podaniem na stół.
Smacznego! I dajcie znać, jak spróbujecie zrobić!
05/12/2024
Zupa bambusowa z Luang Phrabang.
Obserwując pracę La starałem się zapisać składniki i technikę przygotowania poszczególnych potraw, myśląc tez o tym, jak to odtworzyć w domu. Dajcie znać, czy ktoś z Was też spróbował :) Podzielę przepisy na kilka postów, żeby łatwiej było znaleźć ten interesujący.
Na pierwszy ogień – zupa bambusowa z Luang Phrabang:
Na targu La kupiła – tak na oko – z 0,8-1 kg pędów bambusa, już zamarynowanych. Przypominały to, co można puszkowane lub w vacuumpackach kupić u nas w sklepach z produktami azjatyckimi. Banany pokroiliśmy wzdłuż na 4, a potem na kawałki po ok. 3cm – żeby mieściły się na łyżce. Banany wrzuciliśmy do wrzącej wody, żeby się gotowały.
W międzyczasie narwaliśmy liści z drzewa rosnącego w ogrodzie u Santi. Dużo – całą miskę Po umyciu liści La zalała je wodą – tak ze 2l – i kazała je trzeć. Okazało się, że proces ma na celu wydarcie z liści zielonego, a odrzucenie łykowatej struktury. Trzeć trzeba było długo, co myślałem, że już koniec, La mówiła, że jeszcze. Efektem pracy była mocno zielona woda, o konsystencji lekko kisielowatej. My będziemy próbowali to zastąpić zmiksowaną z wodą i przecedzoną z włokien pokrzywą. Zielona woda nie dale szczególnych aromatów, jest bazą, jak wywar warzywny czy bulion w naszej kuchni.
Po godzinie gotowania bambusów wlaliśmy do kotła zieloną breję, pogotowała się parę minut, dodaliśmy trawę cytrynową (pokrojoną w kawałki po 5-6 cm), sól, trochę mąki ryżowej (własnej roboty – ryż potłuczony w moździerzu na proszek, ze 2 łyżki). La do wszystkiego niemal dodawała trochę glutaminianu dla wzmocnienia smaku, my spróbujemy dać maggi. Po kolejnych paru minutach do zupy powędrowała cukinia pokrojona w trójkąty (przecięta wzdłuż na 6, i pokrojona w plastry po ok. 0,5-1 cm grubości). Na koniec zdrowa garść liści bazylii, kieliszek (wódka) sosu rybnego, chwilę pogotowaliśmy – i gotowe. Zupę można odstawić, żeby pod przykryciem sobie wystygła do temepratury konsumpcyjnej, a przy okazji nieco przegryzła.
04/12/2024
Laotańska Republika Ludowo-Demokratyczna jest jednym z pięciu oficjalnie socjalistycznych krajów na świecie (obok Wietnamu, Korei Pn., Kuby i Chin). Socjalizm ten jest jednak całkowicie bezobjawowy w sferze gospodarczej i społecznej, i w takiej Polsce z jej państwowymi molochami, 500plusami, związkami zawodowymi, 13 emeryturami i innymi objawami dyktatury proletariatu jest go zdecydowanie więcej.
Laos ma trudną historię i trudnych sąsiadów: Tajlandię prowadzącą przez wieki ekspansywna politykę, Wietnam, gdzie Vietkong korzystał z terytorium Laosu jako bazy, skutkiem czego na Laos spadło więcej bomb niż na jakikolwiek inny kraj na świecie (tak, więcej niż na Niemcy w DWŚ), no i Chiny, które nie wojują, tylko po prostu kupują po kawałku. Widać to na ulicach Luang Phrabang, gdzie konsulat Wietnamu jest jak Ambasada ZSRR w Warszawie, wszystkie wielkie nowe hotele są chińskie, i chińskie wycieczki okupują turystyczne atrakcje (wg. miejscowych mały z nich pożytek – śpią w chińskich hotelach, przyjeżdżają chińskim pociągiem i jedzą tylko w chińskich knajpach), a płacić można wszędzie także w tajskich bahtach. Tajowie z całej wielkiej trójki są zresztą teraz najlepiej postrzegani, choćby ze względu na pokrewieństwo językowe i wszechobecną w Laosie tajską TV.
Ale – PKP nie przyjechało tu dla tylko pieknego Mekongu i historii, ale też zjeść i się napić, co też uczyniliśmy w najlepszy możliwy sposób, czyli odwiedzając miejscowych. Nasz przewodnik ze statku, Mr. Paeng, polecił nam swojego znajomego, Santi, który zaprosił nas do siebie do domu, gdzie jego urocza żona La zrobiła nam solidną lekcję laotańskiej kuchni. A lekcja była na serio, bo La na codzień jest nauczycielką historii w szkole średniej w Luang Phrabang.
Zaczęło się na targu, gdzie dobre pół godziny chodziliśmy z siatkami i koszem za La, a ona kupowała kolejno warzywa, zieleniny, mięso, a w końcu ryby. Resztę składników braliśmy w czasie gotowania z ich ogródka.
Zupa z pędów bambusa na entree, ryba w liściach bananowca na pierwsze, wieprzowinka O Lam na drugie, do tego do zakąszania grillowana wieprzowina z sosami własnej roboty, gotowane warzywa i mango na deser – pychotka, podlana do tego lao lao, czyli lokalnym bimbrem szczodrze serwowanym przez naszego gospodarza – Santi. Zresztą, zobaczcie sami!
Ciekawostką jest to, że odrobina soli była jedyną przyprawą sensu stricte dodawaną do potraw. Cały ich aromat brał się, jak u La Varenne’a, ze składników: świeżych, zielonych, kupionych na targu lub narwanych w ogrodzie Santi i La.
Kilka przepisów, spisanych w czasie lekcji, znajdziecie w kolejnym poście :) Obserwujcie uważnie!
PS. Ze względu na prywatność nie podaję tu namiarów na Mr. Paenga i Santi, ale mam je i chętnie udostępnię zainteresowanym :) Obaj są godni polecenia – jako przewodnik i gospodarz warsztatów kulinarnych.
02/12/2024
Po podróży samolotem, tuk-tukiem, tramwajem wodnym, pociągiem, pickupem przyszedł czas na rejs statkiem.
Podróżowanie po Indochinach, podzielonych na cztery państwa z różną kulturą, historią i obecnie obowiązującym ustrojem społecznym i gospodarczym to nie śmiganie po Europie, gdzie z punktu A do punktu B zawsze można się dostać z co najwyżej jedną przesiadką samolotem, i pociągów i dróg też nie brakuje.
Tu nie dość, że mamy kraje na bardzo różnym poziomie rozwoju, to jeszcze wszystko przecięte jest na pół wielka rzeką – Mekongiem. Stąd też, podróżując dookoła Półwyspu Indochińskiego grzechem byłoby nie skorzystać z tej wodnej arterii, zapewniającej w północnym Laosie transport pewniejszy, szybszy i wygodniejszy niż wyboiste drogi i rozlatujące się pickupy.
Nasz korab o wdzięcznej nazwie „Shampoo” to de facto duża smukła łódź – 35 m długości, może z 5 m szerokości, silnik od ciężarówki, sterówka na dziobie, kuchnia na rufie, reszta to wygodne loże ze stolikami dla podróznych. Za całe 325$ od głowy oferuje dwudniowy rejs z Ban Huaixay do Luang Phrabang z postojem na nocleg w Pakbengu, w prowadzonym przez Francuzów hotelu z pięknym widokiem na rzekę i zachód słońca. Po drodze wizyta w wiosce Hmongów, jaskiniach Pak Ou z buddyjskimi świątyniami, i wreszcie „Lao Lao village” czyli lokalna wioska z bimbrownią (tutaj: lao lao). Na pokładzie są napoje, drinki i serwują lunch z lokalnymi daniami – pyszny. WC czyste, 2 szt na max. 30 pasażerów - luksusy!
Widoki po trasie przecudne, rzeka wije się między górami, co chwila jakiś przełomowy kawałek ze zwężonym do kilkudziesięciu metrów korytem, wirami i rwącym nurtem. Wzdłuż brzegów poszukiwacze złota płuczą piasek, ręcznie bądź mechanicznymi płuczkami, widać co chwilę wioski wysoko na brzegu (rzeka potrafi przybrać kilkanaście metrów, co widać po śladach śmieci na drzewach), co i rusz widać rybackie sieci do połowu ryb i krewetek, poletka na plażach, pasące się krowy i kozy, no i dzieciarnię :)
Podsumowując: warto!
28/11/2024
Wizyta u słoni-emerytów (ona -55, on-65 lat) w Doi Lom Elephant Sanctuary mimo, że trąciła turystyczną cepelią miała sporo z naturalności dzięki przyjacielskiemu stosunkowi miejscowych mahutów do swoich podopiecznych. Słonie robiły, co chciały, a że najbardziej lubią delikatesy w postaci bananów i trzciny cukrowej, to dreptały za nami. Póki nie zabrakło bananów:)
Jazda do Doi Lom z Chiang Mai zajęła Wujkowi P. ok. półtorej godziny ze względu na korki na wylocie. Na szosie nasz trzeszczący bolid dzielnie pruł, więc upał nie dał się we znaki. Doświadczenie niepowtarzalne, szczególnie dla troskliwych Europejczyków zakładających kaski do jazdy rowerem po wydzielonych ścieżkach. Wujek P. zna życie: przed startem grzecznie zaproponował, że może zatrzymamy się w 7 Eleven po piwo :)
Z Chiang Mai ruszyliśmy na północ VIP Lux busem firmy Green Line (ca 40 zł od głowy, 3h30’) Bus ciekawy - przestrzeń kierowcy jest oddzielona i do kabiny pasażerskiej wchodzi się przez drzwi jak w pociągu. Podobnie toaleta jest inna - żadna nora pod schodami, tylko obszerna kabina na końcu busa. Wg relacji naszych pań korzystanie z niej przebija doznaniami Energylandię i turbulencje nad Afryką razem wzięte.
Z Chiang Rai ruszyliśmy dalej już lokalnym busikiem, którego nie opiszę - można podziwiać na fotkach :) dowiózł nas do granicy tajsko-laotańskiej na Moście Przyjaźni nr 4 (1h50’, 8zł). Tu trzeba się było przesiąść w shuttle bus (5zł za 2 min jazdy) i już byliśmy w Laosie. Wymiana kasy czyni nas milionerami - za 200$ dostałem 4,3 mln laotańskich kipów :)
Na granicy, mimo że mamy wykupione e-wizy pogranicznik skasował od każdego po 50 bahtów (nie kipów!), i byliśmy w Laosie.
A tam, jak widać na poprzednim poście - wlało się w Laosie. BeerLao rulez!! 🍺🍺🍺
26/11/2024
Dziś o podróżowaniu: przemieściliśmy się z Bangkoku do Ciang Mai. Pociągiem. „State Railways of Thailand do not like to see alcohol in its trains” (cytat) więc PKP była niejako na obcym gruncie, i nie były to żarty, o czym przekonali się sąsiedzi Czesi chwilę po „pssst” jakie wydało otwierane przez nich piwo. Na szczęście cytrynówka nie syczy.
Ale ad rem: pociąg czysty, acz wiekowy, pościel wykrochmalona, pan konduktor rozkłada spanie jak pociąg ruszy, zwija przed metą. 2 WC, 2 umywalki do mycia, w WC nawet prysznic dla chętnych. Klima działa w normie, jedyny problem to światło, którego nie gaszą i mimo zasłonek nie jest ciemno i słabo się śpi. Opóźnienie mniej więcej jak w PKP Intercity, ok 1,5 h na 700 km.
W Chiang Mai za to zupełnie inna jazda! Czerwony pickup z nadbudową, 600.000 km i wyjący most, ale rwie do przodu jak rakieta, prowadzony pewną ręką Wujka P. Ale to już na inny post! Tymczasem świta i ruszamy do Laosu.
24/11/2024
No dobra, koniec picia na sucho. Czas coś zjeść. Ladies and Gentlemen - Chinatown Night Market w Bangkoku!
Click here to claim your Sponsored Listing.
Category
Website
Address
Angkor Village